menu close menu

Bóg chce nas uczynić ludźmi szczęśliwymi już tu na ziemi, nie po śmierci.

Rozważanie na II. niedzielę po Narodzeniu Pańskim

 

  • (Ef 1,3-6.15-18) – W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani.
  • (J 1,1-18) Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.

My w swoim życiu nic innego nie robimy, tylko powtarzamy drogę mieszkańców Jerozolimy. Jak to rozumiem i jako to rozumie Ewangelia św. Jana? Mianowicie tak, że najpierw wszyscy są zafascynowani Chrystusem – trochę tak jak dzieci, które mają naturalny dar teologiczny – później, gdy ten świat zaczyna się wdzierać w nasze życie, niejako przeżywamy coraz większe rozczarowanie konfrontując Pana Boga z tym światem i siłami działającymi w tym świecie, aż w końcu, być może tak jak mieszkańcy Jerozolimy, zabijamy Go. Ale On zmartwychwstaje. I tutaj pozostają nam dwie możliwości: albo ja pójdę za Nim i uwierzę, że On naprawdę pokonał śmierć, a co za tym idzie przyznam się, że błędy są po mojej stronie, albo uparcie będę trwał w tym, że to wszystko nie ma sensu. Te dwie drogi. Wszyscy powtarzamy ten dramat, który jest opisany w dzisiejszej Ewangelii św. Jana.

Ewangelia św. Jana jest symboliczna, słowo greckie symbalein to znaczy: złączyć to, co było rozłączone, zharmonizować, doprowadzić do całości, do syntezy. Zwróćmy uwagę, że nasze życie też tego pragnie. Pragnie syntezy, całości, a jednocześnie czujemy, że jesteśmy w różnych sytuacjach i w różnych okresach naszego życia wewnętrznie rozbici, że jest w nas dysharmonia. Być może jest ona tak wielka, że wypromieniowujemy ją na zewnątrz i cały świat traci dla nas sens i harmonię.

Początek tej Ewangelii, Prolog, mówi o Logosie. Logos to jest słowo, sens. Mówi, że sensem naszego życia jest Pan Bóg. Jak to fantastycznie napisał w dzisiejszym liście św. Paweł: Chrystus już od początku, zanim zaczęliśmy istnieć, przeznaczył nas dla siebie – to znaczy, że w pewnym sensie to wszystko, co ma nas uszczęśliwić, to znaczy zbawić, jest na wyciągnięcie ręki. Jeżeli tego nie widzimy, to widocznie w nas jest przeszkoda. Ewangelia św. Jana mówi, że w nas jest trucizna, ale w nas jest też lekarstwo. Jeżeli tego lekarstwa nie widzę, to znaczy, że ślepnę. Jednym ze słów przewodnich tej Ewangelii jest „światło” – światło, które przeciwstawia się ciemności. Inne słowo przewodnie to życie, które przeciwstawia się martwocie. Droga, która przeciwstawia się błądzeniu.

Kryzysy współczesnego człowieka można ograniczyć do trzech rzeczy:

  1. Martwota, takie wewnętrzne wypalenie. Nic mnie już tak naprawdę nie cieszy, wszystko już było, starzeję się wewnętrznie. A Bóg, który przychodzi, który chce się narodzić w moim wnętrzu, On jest światłem i zmusza mnie niejako do powtórnych narodzin, ale nie z ciała, jak mówi prolog Ewangelii, tylko z Ducha Świętego.
  2. Zaburzenie więzi. Pomimo, że komunikację mamy tak rozbudowaną, to coraz mniej mamy więzi z drugim człowiekiem, coraz bardziej zamykamy się w sobie, coraz bardziej odczuwamy świat jako coś wrogiego. Ale u podstaw tego zamknięcia na drugiego człowieka leży zamknięcie na samego siebie. I Jezus przynosi nam miłość, czyli prawdziwe otwarcie na drugiego człowieka, które niezmiennie wiąże się z tym, że ja zaczynam drogę duchową od przyjęcia przebaczenia w stosunku do samego siebie i wtedy będę obfitował w przebaczenie w stosunku do innych ludzi.
  3. Dezorientacja. Żyjemy, jak mówimy, w szybkich czasach. Nikt z nas nie ma czasu. Biegniemy, ale nie wiemy dokąd. Jesteśmy totalnie zdezorientowani. Im więcej rzeczy bierzemy na siebie i obowiązków, tym większa dezorientacja i chaos w nas. I znowu, Chrystus, który przychodzi, mówi o sobie, że jest Drogą, Prawdą i Życiem. Mówi: poznaj prawdę o Mnie i poznasz prawdę o sobie. On jest jedynie lekarstwem na ten cały chaos, który jest w naszym wnętrzu.

Kościół uporczywie wraca przez te dni do Bożego Narodzenia, że Chrystus chce się narodzić w moim sercu. Ale to nie jest kwestia wypowiedzenia paru słów, że wierzę. To jest kwestia przekucia tego wszystkiego na moje życie i wtedy następuje w nim harmonia. To jest przedziwne, że jeżeli ktoś nosi harmonię nie z tego świata w sobie, jeżeli ktoś rzeczywiście powtórnie się narodził i narodził się w nim Pan Bóg, to będzie tę harmonię wypromieniowywał, coraz więcej będzie widział spójności i harmonii w świecie wokół siebie. A im więcej chaosu jest we mnie, tym więcej chaosu na zewnątrz.

Żyjemy w dramacie, jak ten dramat rozwiążemy, to jest też nasz wybór. Pan Bóg chce nas zbawić, to znaczy uczynić ludźmi szczęśliwymi już tu na ziemi, nie po śmierci. Jeżeli nieustannie będziemy się przed Nim zamykali, to niestety ciągle będziemy się sycili tą trucizną, która w postaci grzechu, tego pęknięcia wewnątrz nas jest. To wezwanie nieustannie płynie z kart Ewangelii, a szczególnie intensywnie w tym okresie Bożego Narodzenia. Czas rozpocząć drogę duchową, ale ona wymaga ode mnie przystanięcia. Prawdziwa mądrość rodzi się z milczenia, nigdy nie narodzi się z popłochu, ani z chaosu. Prawdziwe zjednoczenie, zharmonizowanie, jest już we mnie na wyciągniecie ręki … ale ja go ciągle szukam gdzie indziej! I to Boże Narodzenie mówi mi: Człowieku, jesteś obdarowany wszystkim, co ci potrzeba do szczęścia, tylko musisz przejrzeć… I to przejrzenie, otwarcie oczu zależy ode mnie. Ja wszystko mam, co jest mi potrzebne, ale to jest kwestią wiary.

 

autor: Andrzej Hołowaty OP
źródło: http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/slowo-boze/art,73,masz-wszystko-czego-trzeba-ci-do-szczescia.html
Print Friendly, PDF & Email
4 stycznia 2016 | Rozważania | 0

Komentowanie wyłączone

WP-Backgrounds by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann